Przebudzenie leminga

Drukuj

Nie tak to miało wyglądać. Przyznam, że bez większego żalu żegnałam rządy PO i postanowiłam nie uprzedzać się z góry do formacji, która w ostatnich wyborach uzyskała tak silny społeczny mandat. „Dobra zmiana” – a nuż? Może się nauczyli? Nie mam nic przeciwko temu, żeby budżet sypnął trochę grosza służbie zdrowia i jestem pierwsza za tym, żeby ktoś pogroził palcem NFZ. Niestety, od pierwszego posiedzenia nowego Sejmu przeżywam coś, co określić mogę chyba tylko jako pełzający (i narastający) szok. Akcja z Trybunałem wywołała we mnie – nieznane wcześniej – uczucie: oto władza mnie gwałci. Kłamstwo, manipulacja, pokrętne rozumowanie, wciskane nam do głowy – i to wszystko w tak krótkim czasie! Do tej pory jedynie czytałam o tym w podręcznikach historii i traktowałam te zjawiska jako należące już do dziedziny political fiction.

Boję się  włączać komputer, co rano nowe atrakcje. Rzeczywistość kręci się w zawrotnym tempie, do którego nie przywykłam. Każda niemal noc obfituje w wydarzenia.  W piątek wpadłam do mamy i ujrzałam, jak zwija się ze śmiechu a łzy płyną jej strumieniem po policzkach. Na pytanie, co się stało, odpowiedziała, w przerwach między jednym haustem powietrza a drugim, że „ludzie Macierewicza włamali się w nocy – hi, hi, hi, podrobionym kluczem! –  do biura oficerów kontrwywiadu NATO”, żeby „ wprowadzić w obowiązki nowego „p.o. dyrektora”. „Kupmy im jakieś nasenne proszki” –  nie minęło dużo czasu i fb już znalazł receptę. Prezydent Komorowski, zapytany,  co o tym wszystkim sądzi, w charakterystyczny dla siebie sposób zdębiał i zdołał jedynie wybąkać, że to „dziwne, ale również trochę jakby komiczne”. „Wariat istotnie bywa czasem śmieszny, lecz u władzy jest bardziej straszny” – moja mama zamknęła sprawę, ocierając oczy i zabrała się do śniadania.

Jestem naprawdę wkurzona, bo uwielbiam nie interesować się polityką. Nie chce mi się spędzać sobotnich popołudni na manifestacjach, a już drugą sobotę z rzędu, na dodatek przedświąteczną, miałam zajętą. Poczułam się zmuszona wpisać na fejsie swoje prawdziwe nazwisko i imię, zarejestrować się w dotychczas obcej mi „Rzepie” i komentować artykuły na temat TK. Czytam nawet „wpolityce” i „wsieci” – nie muszę chyba dodawać, czy sprawia mi to przyjemność. Są ciekawsze sposoby spędzania czasu, niż przebijanie się przez ten gąszcz dezinformacji i dotychczas z ulgą zostawiałam tę dziedzinę fachowcom, w życiu prywatnym – w razie niemiłych konfrontacji ze zwolennikami narracji braci Karnowskich – zręcznie zmieniając temat.

No dobrze, Panie Prezesie, udało ci się mnie zmobilizować. Co więcej, na sobotnich  manifestacjach miałam prawdziwe poczucie wspólnoty i wzbudzony nastrój, słowo daję, patriotyczny. Czy o to chodziło? Voilà.

Tymczasem trwa pat trybunalski, a  – jako prawniczka z powołania – naprawdę chciałabym, żeby się zakończył. Nie jestem specjalistką od prawa konstytucyjnego, lecz w interwencji konstytucjonalistów i głośno wypowiadanych przez nich opiniach widzę jakąkolwiek perspektywę rozwiązania tej sytuacji. Niesłusznie narracja wokół sporu utrwalana jest w obszarze wyłącznie polityki, przecież ten spór ma przede wszystkim charakter prawny. Problem nie jest prosty i wydaje mi się, że najgorsze, co się obecnie dzieje, to zamazywanie istotnych elementów tego sporu. Niemerytoryczna dyskusja dolewa oliwy do ognia i daje argumenty zwolennikom zmarginalizowania Trybunału.

Bo też co właściwie oznacza oświadczenie Prezydenta, że „uważa sprawę Trybunału za zamkniętą”? W kontekście decyzji Rządu o opublikowaniu wyroku z 3 grudnia 2015 roku (K 34/2015) oznacza tyle, że Prezydent czuje się związany bezpieczną dla siebie sentencją tego wyroku, lecz już nie jego uzasadnieniem – i w tym zakresie postępuje wedle własnego widzimisię. Sama zaś sentencja – i tu rację ma PiS – niewiele zmienia, bo stwierdza jedynie, że pewne artykuły ustawy o Trybunale Konstytucyjnym z 25 czerwca 2015 roku są z Konstytucją zgodne, a inne – niezgodne. Niezgodny z art. 194  Konstytucji jest, między innymi, art. 137 ustawy – w zakresie, w jakim dotyczy sędziów Trybunału, których kadencja upływa odpowiednio 2 i 8  grudnia 2015; w zakresie zaś, w jakim dotyczy sędziów Trybunału, których kadencja upływa 6  listopada jest z Konstytucją zgodny.  Niestety, sedno sprawy leży w tej chwili gdzie indziej. Pytanie brzmi: czy Sejm VIII kadencji miał prawo stwierdzić nieważność uchwał o wyborze sędziów, podjętych przez Sejm VII kadencji? Podejmując w dniu 25 listopada 2015 roku uchwały o stwierdzeniu bezprawności uchwał z 8 października 2015 roku PiS wykazał się ogromnym sprytem: stwierdzenie bezprawności oparł bowiem wcale nie na wątpliwościach, dotyczących art. 137 uTK, który to przepis miał zostać zbadany przez Trybunał, lecz na wątpliwościach, dotyczących wadliwości samego trybu zgłaszania kandydatów na sędziów: niewystarczającej liczby podpisów  pod wnioskiem (podpisać powinna się nie tylko grupa posłów, lecz również – zdaniem PiS – Prezydium), a także niezachowania terminów zgłoszenia kandydatur, określonych w sejmowym Regulaminie. Trybunał Konstytucyjny wypowiedział się na ten temat jedynie pośrednio, zawierając swoją ocenę prawną uchwał o bezprawności w uzasadnieniu wyroku z 3 grudnia. Stwierdził w nim, że uchwały z 25 listopada 2015 roku nie były wiążące, lecz należy traktować je, zgodnie z art. 69 Regulaminu Sejmu, jako akty prawne o charakterze wewnętrznym, mające cechy częściowo oświadczenia, częściowo zaś rezolucji, a nie jako rozstrzygnięcia o charakterze konkretnym i indywidualnym w ramach tzw. funkcji kreacyjnej Sejmu.  Zdaniem Trybunału, w odniesieniu do trzech sędziów, których kadencja kończyła się 6 listopada 2015, Sejm wyczerpał swe uprawnienia kreacyjne – do wyboru na stanowisko sędziów – w dniu 8 października. Jakiekolwiek późniejsze uchwały, dotyczące ich bezprawności, nie mają tutaj znaczenia.

Taka jest ocena prawna Trybunału, konstytucyjnego organu władzy sądowniczej w Polsce. Oczywiście mogę nie być do końca zadowolona, w jaki sposób Trybunał zmierzył się z oceną prawną uchwał. Nie widzę przemyślanego wywodu, z którego niezbicie wynika, że uchwały z 25 listopada 2015 roku nie są wiążące, lecz jedynie wzywają Prezydenta do określonego działania i stanowią przedstawienie politycznego stanowiska Sejmu. Stwierdzenie „uchwały z 25 listopada 2015 roku i zawarte w nich oświadczenia z definicji nie wpłynęły zatem na moc prawną uchwał Sejmu VII kadencji w sprawie wyboru sędziów Trybunału, których kadencje zakończyły się 6 listopada, 2 i 8 grudnia 2015 r. – nie mogły wywrzeć w tej mierze żadnego skutku prawnego i nie rzutują na moc obowiązującą art. 137 uTK” – jest dosyć arbitralne i poprzedzone jedynie wywodem, dotyczącym odmienności kategorialnej uchwał z 25 listopada 2015 roku i uchwał z 8 października 2015 roku. Uzasadnienie słowem nie odnosi się do podnoszonej przez PiS kwestii autonomii regulaminowej Sejmu, przecież niebagatelnej. Przyznam, że bardziej, niż uzasadnienie Trybunału, przekonująca wydała mi się wypowiedź Ewy Siedleckiej, która na radiowej antenie w kilku zdaniach wyjaśniła, że gdyby przyjąć, że Sejm następnej kadencji ma prawo kontrolować pod względem formalnoprawnym uchwały Sejmu kadencji poprzedniej, to właśnie takie działanie prowadzić by mogło do pogwałcenia zasady autonomii, którą przecież cieszy się Sejm każdej kadencji oddzielnie. Tego w uzasadnieniu wyroku TK z 3 grudnia 2015 roku nie znajdziemy. Niemniej jednak jakaś ocena prawna zawarta w nim jest, a jest ona taka, że uchwały z 25 listopada 2015 r. nie wywarły żadnego skutku prawnego.

Skandaliczne, że Prezydent zachowuje się, jak gdyby tej oceny nie było. Głowa państwa, niezależnie od swojej prywatnej oceny tych uchwał, nie powinna polemizować z oceną prawną jednego z naczelnych organów państwa z obszaru władzy sądowniczej. Argumenty, że Prezydent nie jest związany oceną prawną zawartą w uzasadnieniu, oraz że Trybunał nie ma umocowania do badania konstytucyjności uchwał, są po prostu słabe. Postępowanie Prezydenta uchybia obowiązkowi współdziałania organów władzy państwowej i godzi w zasadę trójpodziału władz, czyli w fundamenty demokracji. Władza sądzenia należeć musi do sądów i trybunałów. Prezydent nie ma prawa ich wyręczać, a w ciągu zaledwie miesiąca uczynił to już dwa razy! – pierwszy raz, dokonując przedwczesnego ułaskawienia Mariusza Kamińskiego. W imieniu Rzeczpospolitej Polskiej wydawane są różne wyroki, lepiej lub gorzej umotywowane, czasem trudne do zaakceptowania, lecz przecież nikt nie kwestionuje obowiązku ich respektowania – to absolutna podstawa umowy społecznej. Społeczeństwo, które obserwuje na samym szczycie władzy nieposzanowanie wyroków, jest po prostu – przez swojego Prezydenta – demoralizowane.

 

Czytaj również
  • dominika

    zgadzam się, że spór ma charakter czysto prawny, ale bez woli politycznej, jak pokazują ostatnie wydarzenia, nie da sie go rozwiązać. A u rządzących takiej woli nie ma. I możemy się spotykać co sobota na marszach, pisać najmądrzejsze analizy prawne, i co? Bardzo ciekawe co Pani napisała, ale co z tego? Chyba trzeba się będzie pogodzić z tym, że kończy się pewna epoka i ponownie przejść w stan uśpienia i wzorem tej właściwej części społeczeństwa- tzn. innej niż bezmózgie mainstreamujące lemigi – przestać zajmować się jakimś trybunałem tylko czekać na to co dla Polaka naprawdę ważne, czyli 500 zł na dziecko.

    • Magda

      Poszukiwanie odpowiedzi i rozwiązań na poziomie pojedynczego obywatela świadczy o tym, że społeczeństwo zaczyna się politycznie i obywatelsko budzić. Być może będzie podział, że „epoka przed” i „epoka po” , ale w obliczu zmian w mentalności społeczeństwa w epoce „po” te 500 złotych może już nikogo nigdy do niczego nie przekonać. Nie można po prostu trwać – jesteśmy homo sapiens. Mamy prawo i obowiązek myśleć, zadawać pytania, błądzić, poszukiwać, dochodzić do własnych wniosków. I po to są te marsze – żeby wspólnie pokazać co myślimy. Jako obywatele i ludzie mamy taki obowiązek. Co do efektu – należy zachować pewien pragmatyzm, połączony z historiozofią. Jesteśmy bowiem młodą demokracją, a jednocześnie – przyzwyczailiśmy się do pewnego standardu państwa; mamy pewne obawy, czym odejście od tego standardu może się zakończyć. Zwłaszcza, że brakuje pewności co do dalszych działań, co do dalszych poczynań legislatywy i władzy wykonawczej.

  • Mar Sowa

    To nie jest spór prawny a światopoglądowy. Mamy tutaj ze zderzeniem dwóch różnych wizji państwa, a że ten spór toczy się w tym a nie innym miejscu nie dziwi. W końcu leżymy między Europą Zachodnią, która boryka się z problemami niedoskonałej demokracji a światem postsowieckim. W Rosji też mają demokrację, tylko inaczej ją postrzegają niż na zachodzie. Wyższość nad innymi, brak poszanowania praw mniejszości, pojęcie narodu nierozerwalnie związane z religią państwową, proste recepty na wszystko i rozwiązania na siłę – to łączy wiję obecnej władzy ze wschodem. I jeśli prawo jest przeciwko tej wizji, tym gorzej dla prawa. Dlatego rozstrzygnięcie nastąpi nie na płaszczyźnie prawnej a gdzie indziej. I będzie to płaszczyzna ekonomiczna, prawo popytu i podaży nie poddaje się tak łatwo jak zasada demokratycznego państwa prawnego czy trójpodziału władzy. Tak się inaczej zapłacimy wszyscy wysoką cenę.

  • sg

    Brawo! zgadzam się z Panią, a Monteskiusz w grobie się przewraca, jak widzi poczynania PIS-u. Ma Pani rację, że spór o TK, jest sporem prawnym, ale przekłada się na politykę, a polityka na nas :-(

  • Stopnewtotalitarianism

    A ja się czuję gwałcony przez bezczelną kastę prawniczą. NIKT nigdy nie zweryfikował tych ludzi kiedy zaczynała się demokracja. Ich postępowanie wobec siebie samych ma wszelkie cechu zmowy mafijnej, a Monteskiuszem zasłaniają bezczelną kastową mentalność. Do tego dochodzi upolitycznienie sędziów, w tym Rzeplińskiego. Sprowadzenie tego bajzlu do sporu prawnego to gigantyczne kłamstwo. Mamy przed sobą klasę Tutsi , która chce nadal pozostać poza wszelką kontrolą. W imię Polskiej racji stanu trzeba was odsunąć od władzy.